Najpierw było obserwowanie babci, która wierna była sprawdzonym przepisom i nie przepadała za urozmaiceniami. Z tego powodu z piekarnika wychodziły na zmianę czarny jak noc murzynek oraz szarlotka bez cynamonu, bo na jego zapach babcia także kręciła nosem.
Następnie przyszedł czas na pierwsze prawie samodzielne próby. Ja szykowałam potrzebne składniki i podawałam babci, ona wrzucała do thermomixa. Ja wlewałam ciasto do blachy, babcia wyrównywała i wrzucała do piekarnika. Jadłyśmy z całą rodziną. Czasem nawet robiłyśmy ciasto tak, żeby mogło piec się w czasie naszego oglądania Tańca z Gwiazdami. Wtedy podczas pierwszej przerwy można było przyjść do kuchni po kawałek jeszcze gorącego biszkopta i zjeść go podczas dalszego oglądania. Nie jest to nic wielkiego, ale takie miłe wspomnienia zostają na zawsze.
